„W żadnym wypadku nie wolno ci się poddać. Walka może trwać trzy lata, może dłużej, ale bez względu na to ile potrwa, wrócimy po ciebie. Tak długo, jak w twojej brygadzie będzie chociaż jeden żołnierz, masz wypełniać obowiązki dowódcy. W żadnym wypadku nie wolno ci odebrać sobie życia”.

Taki rozkaz otrzymał, zanim został wysłany na misję. 

Sprawy jednak nie potoczyły się dobrze. Z całej brygady pozostało przy życiu kilkunastu żołnierzy. Aby ratować życie, musieli schronić się w dżungli. Na kilka dni, może nieco dłużej, aby później dołączyć do armii. Był rok 1945.

...

Zaszeleściły zarośla, z dżungli wyszedł mężczyzna w sile wieku. Był potwornie brudny, a twarz miał pociętą ukąszeniami owadów. Ubrany był w łachman, w którym z trudem można było rozpoznać resztki munduru. Przez ramię miał przewieszony postrzępiony wojskowy plecak, a w prawej ręce trzymał karabin. U jego boku kołysał się długi samurajski miecz. Stanął na skraju dżungli i spojrzał na dwóch oczekujących go ludzi. Jeden był młodym człowiekiem, ubranym w dżinsy i podkoszulek. Drugi miał około sześćdziesiątki. Miał na sobie wypłowiały mundur z dystynkcjami majora japońskiej armii. Na jego widok obdartus z dżungli stanął na baczność i zasalutował.
Major przemówił:
- Poruczniku Onoda! Wojna skończyła się dwadzieścia dziewięć lat temu, a my ją przegraliśmy.
Rozkazuję panu złożyć broń.
Zamek karabinu szczęknął metalicznie i na ziemię zaczęły wypadać naboje. Człowiek nazwany porucznikiem Onodą zrzucił plecak, z którego wysypało się kilka granatów. Chwilę potem na plecaku wylądował karabin. Po pooranej bruzdami twarzy wojownika popłynęły łzy. Był rok 1974.

Hiroo Onoda, japoński wojownik w randze porucznika japońskiej armii przez prawie 29 lat od zakończenia wojny walczył z wrogiem. Z wrogiem, którego nie było. Fascynująca opowieść, autobiografia tego, który dotrzymał rozkazu: „No surrender: My Thirty-Year War”.

Amerykanie byli świadomi tego, że w dżungli ukrywa się wielu japońskich żołnierzy, którzy nie przyjmują do wiadomości, że ich kraj przegrał wojnę. Porucznik Onoda z kilkoma innymi japońskimi żołnierzami ze swojego oddziału, którym tak jak on udało się przeżyć, wielokrotnie znajdowali w dżungli ulotki informujące o zakończeniu wojny. Uznawali je jednak za podstęp Amerykanów. Mieli jeden cel: wypełnić misję do końca. Za wszelką cenę wykonać rozkaz. Niezachwiana wiara w ostateczne zwycięstwo japońskiej armii i bezwzględne posłuszeństwo rozkazom były dla nich najcenniejsze. Przez lata trwali na posterunkach i prowadzili wojnę, która dawno już się skończyła. Wysadzali mosty, palili szopy z zapasami, atakowali „agresora”... W 1972 podczas jednej z wielu akcji dywersyjnych dokonywanych przez Onodę i jego ludzi zginął ostatni z jego towarzyszy. Onoda został sam. Dwa lata później na starego partyzanta natknął się młody włóczykij przemierzający świat. Próbował przekonać porucznika, że wojna dawno się skończyła i że powinien wrócić do Japonii. Stary żołnierz odparł, że zrobi to tylko wtedy, gdy jego dowódca wyda mu taki rozkaz. Młody człowiek przed opuszczeniem porucznika przyrzekł, że wróci. Ustalili spotkanie na skraju dżungli. Udało mu się odszukać dawnego dowódcę Onody i razem z nim wrócił na umówione miejsce spotkania.

9 marca 1974 roku, po niemal trzydziestu latach w ukryciu żołnierz, który nie chciał się poddać, stanął ponownie twarzą w twarz ze swoim dowódcą, który tym razem rozkazał mu złożyć broń. Onoda miał przy sobie miecz, sprawny karabin, 500 nabojów i kilkanaście granatów. Potem rozegrała się scena opisana na początku. W Japonii witano starego żołnierza jak bohatera.

8 października 1918 roku sierżant Armii Stanów Zjednoczonych Alvin York dowodził 18 osobowym oddziałem atakującym niemieckie okopy. Sprawy szły bardzo dobrze do momentu, gdy nadziali się pod ostrzał 32 niemieckich karabinów maszynowych. Połowa ludzi, którymi dowodził, zginęła pozostali, schronili się w okopie. Dowódca pozostał sam na placu boju. Zaczął ostrzeliwać załogi niemieckich karabinów maszynowych ze zwykłego powtarzalnego karabinu. Gdy sześciu Niemców wyskoczyło na niego z bagnetami, wyciągnął siedmiostrzałowego Colta i zastrzelił wszystkich. W magazynku pozostała jedna kula. Niemcy uznali, że nie mają szans, złożyli broń i poddali się. Łącznie sierżant York zabił tego dnia 28 żołnierzy wroga, a 132 wziął do niewoli. Sam nie odniósł obrażeń.

Simo Häyhä farmer z Finlandii na co dzień zajmujący się uprawą swojej ziemi, po napaści ZSRR na Finlandię musiał zmienić branżę. Wziął karabin snajperski, z którego wymontował lunetę, aby mu nie przeszkadzała i poszedł bronić swojego dobytku. Wykonywał swoją powinność, maskując się w śniegu i czatując na drzewach w temperaturach spadających do 40 stopni poniżej zera. Do bitwy zawsze ubierał się całkowicie na biało. Jeżeli zamierzał strzelać długo z jednej kryjówki, polewał wodą śnieg, by podmuch wystrzału nie uniósł zdradzającego pozycję śnieżnego pyłu. Ponieważ w tak niskich temperaturach w wydychanym powietrzu skraplają się duże ilości pary wodnej, wkładał do ust śnieg, który działając jak filtr, zatrzymywał parę wodną. Rosjanie byli bezsilni wobec jednego człowieka. Zorganizowali specjalną jednostkę, której jedynym celem było odnalezienie i zlikwidowanie farmera. Zabił ich wszystkich. Sowieci wysłali więc na niego grupę własnych snajperów. Simo powtórzył to, co poprzednio, wszyscy zginęli. W końcu organizowali naloty, bezskutecznie. Misja trwałaby prawdopodobnie dalej, gdyby w marcu 1940 r. nie został poważnie ranny. Nie zginął. Odzyskał przytomność w dniu, w którym Finlandia i ZSRR zawarły pokój. Przeżył wojnę. W sumie zastrzelił 705 radzieckich żołnierzy. "Robiłem to, co mi kazano – najlepiej, jak mogłem", powiedział po latach.


No surrender!
traderany